WASZE WYZNANIA - LISTY OD CZYTELNICZEK

Niezwykle.pl

Niezwykle.pl (Niezwykle.pl)

Podziel się z nami swoją historią!

Nasza czytelniczka napisała:

Nie wiem od czego mam zacząć. Chyba od tego, że pomimo zawirowań życiowych wygrałam swoje życie! Tak uważam, a dlaczego to Wam opiszę. Mam 56 lat. Jedną córkę i 4-letnią wnuczkę - obie są wspaniałe.


Wychodząc za mąż wiele lat temu wychodziłam z wielkiej miłości. Urodziłam dwie córki, po jakimś czasie ten związek okazał się bardzo toksyczny. Znęcał się psychicznie nad nami.

Mąż odszedł do kobiety o wiele lat młodszej. Był to dla nas bardzo trudny czas, dla mnie, dla dzieci. Były trudne decyzje związane z dziećmi, ze mną, brak pracy, brak środków na życie. W pewnym momencie uświadomiłam sobie,  że dość płaczu i użalania się nad sobą ... do roboty dziewczyno.

I tak powolutku, z dnia na dzień wyszłam z domu w poszukiwaniu pracy.

Różnych prac się chwytałam, aby przetrwać. Udało się. Potem rozwód, który już był etapem końcowym, aby się uwolnić od tego mężczyzny. Udźwignęłam się, podjęłam pracę. Nauczyłam się żyć jako samotna matka.

Dni mijały ... raz lepszy czas potem gorszy. I tak z dnia na dzień. Córki rosły, przedszkole, szkoła. Aż tu nagle wiadomość na wiosnę przed maturą starszej córki straszna, która zbiła z nóg nie tylko córkę ale całą rodzinę.

Płacz, przerażenie. Brzmiący jak wyrok ... nóż w samo serce te słowa nadal we mnie siedzą:

''... Córka jest chora na białaczkę...''

Pytania, masę pytań, pytań pozostających bez odpowiedzi. Burza myśli, emocje raz złe, a następnie dobre.
Zaczęła się walka o jej zdrowie, potem życie. Totalna determinacja szukania pomocy wszędzie, gdzie to było możliwe. Pomoc przyszła ... piękna pomoc ludzi, wspaniałych, wsparcie dookoła.

Czułam, że nie jesteśmy same. To było coś wspaniałego. W tym całym natłoku spraw zawsze był ktoś, kto po prostu był. Nie pytał, pogłaskał, przytulił jak była taka potrzeba.

W międzyczasie córka zdała z bardzo dobrym wynikiem maturę mimo bardzo ciężkiej choroby, złego stanu zdrowia, nawet podjęła studia. Zdała I semestr, przymierzała się do II, było dobrze, coraz lepiej - zapominałyśmy o chorobie. Niech tak pozostanie - błogi stan...

Niestety przyszedł dzień, że choroba wróciła z taką siłą, że moja córeczka zapadła w śpiączkę, walka drapieżna o jej zdrowie i życie. Uciekanie od najgorszego, niestety w kilka miesięcy odeszła.

Najgorszy dzień w moim życiu. Zobaczyć śmierć swojego dziecka.

Kłóciłam się z Bogiem, obraziłam się na niego. Bo zabrał mi coś bardzo cennego, moja dusza została rozerwana na strzępki. Miałam dość życia bez niej, bez jej głosu, śmiechu i radości.

W związku z tym po wielu przemyśleniach któregoś dnia postanowiłam, że najlepszym dla mnie rozwiązaniem będzie aby zakończyć te tortury i pójść do niej.


Zaplanowałam dzień w którym to zrobię, przygotowałam proszki na sen. Przyszedł ten moment w pewnej chwili wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam...

Ukochany pies córki rzucił się na moje dłonie i tabletki się rozsypały. Byłam wściekła, gdy zaczęłam zbierać zrozumiałam ... że nie jest to mój czas, że tak się nie da.

Myślałam tylko o sobie, a pozostali - co z nimi? Moje życie nie należy tylko do mnie. Ważne były moje emocje, mój strach, mój ból, tęsknota zapominając o młodszej córce.

Poszłam na cmentarz na grób córki, aby pomogła mi to przetrwać. Długo myślałam - nie wiem jak długo.

Gdy wróciłam do domu napisałam e-maila do fundacji, by coś zrobić, co - to nie wiedziałam.

I tak w 1. rocznicę jej śmierci postanowiłam zorganizować dzień dawcy szpiku jej pamięci. Udało się, to był wspaniały dzień, bardzo dużo osób się zarejestrowało.

Wszystkie osoby, które się rejestrowały podkreślały, że robią to dla mojej córki.

Byłam bardzo szczęśliwa, każdy z nich wspierał, mówił ciepłe słowa. Ktoś nawet powiedział, "...że z takiej tragedii którą przeżywam obróciłam w coś dobrego ...”

To właśnie dodało mi skrzydeł do życia.

Organizuję taki dzień systematycznie w naszym ukochanym małym miasteczku. Zrozumiałam, że jest to moje miejsce na ziemi. Które również kochała córka.
W tej chwili mój stan po jej stracie jest znacznie lepszy, potrafię się uśmiechać. Z każdym porozmawiać, być i istnieć w pełnym tego słowa znaczeniu.
Moja córka jest ze mną, ona mnie chroni i wspiera. Gdy jest mi bardzo źle, wspominam te najlepsze chwile. Moje myśli układają się pozytywnie, cieszę się z każdego dnia. Muszę z tym żyć i to ode mnie zależy w jakie barwy je ubiorę ... Córka była z nami, jest nadal w moich myślach. Moja miłość do niej nie mija.

Tę historię przysłała nam nasza czytelniczka. Jeśli ty tez chcesz opowiedzieć o swoim zyciu, napisz do nas na adres niezwykle123@gmail.com, wyslij do nas wiadomość na Facebooku lun wypełnij nasz formularz.

Inna czytelniczka opisała nam swoje trudne dzieciństwo. To wyznanie wyciska łzy. KLIKNIJ TUTAJ, żeby je przeczytać.


A to kolejny list, tym razem od pana Janusza;

Chciałbym napisać do Państwa, bo widzę, że tu wiele pań jest mocno aktywnych, a właśnie do nich chciałbym zaapelować.
Drogie Panie,
Właśnie wróciłem z sanatorium, większość pacjentów tam leczyło się na nerwice i inne schorzenia psychiczne. Taka osoba do pełnego wyzdrowienia, potrzebuje nie tylko terapii, ale także spokoju ducha i momentu wytchnienia od codzienności.
Tymczasem to co obserwowałem u kobiet tam przebywających woła o pomstę do nieba. Monika mieszkająca na naszym piętrze codziennie odbierała o 18 telefon od męża, musiała przy tym mieć włączony telewizor i radio w pokoju, żeby jej „władca” miał pewność, że nigdzie poza pokój nie wychodzi!
Nie muszę wspominać, że była to dorosła kobieta, prawie 50-letnia. Telefony powtarzał co 15 minut, aż do godziny 22.00 gdy zapadała cisza nocna, ta kobieta nawet bała się wtedy wyjść do toalety.
Rozumiem gdyby to był odosobniony przypadek, ale kobieta z piętra niżej - Grażyna, tuż po 18.00 odbierała telefon stacjonarny od męża i musiała z nim rozmawiać aż do 22.00. Kiedyś zdarzyło się, że kolacja się opóźniła i ona biegła głodna do telefonu, ze strachu, że ją pobije po powrocie.
Inny mąż potrafił  zajechać znienacka do pałacowego parku samochodem, mimo iż mieszkał 400 kilometrów dalej.
Tylko po to by sprawdzić czy przypadkiem jego żona nie spaceruje z jakimś kuracjuszem! Mógłbym te historie mnożyć w nieskończoność, mimo iż mój pobyt wcale nie był długi.
Odnoszę wrażenie, że żadna z tych kobiet nie potrzebowałaby leczenia gdyby nie Ci agresywni i dominujący mężowie. To nie one powinny być na tej terapii!
Kobiety, szanujcie się, nie dajcie sobą tak pomiatać, bo to wszystko odbija się na waszym zdrowiu i życiu. Jeżeli tak zachowuje się wasz mąż, nie znaczy to, że was kocha i jest zazdrosny, znaczy to zwyczajnie, że ma ze sobą problemy i niszczy wasze życie i zdrowie. Czasem zabicie kogoś to nie wystrzał z broni ale codzienne nękanie aż do skutków śmiertelnych.
Pozdrawiam,
Janusz

Chciałbym napisać do Państwa, bo widzę, że tu wiele pań jest mocno aktywnych, a właśnie do nich chciałbym zaapelować.
Drogie Panie,


Właśnie wróciłem z sanatorium, większość pacjentów tam leczyło się na nerwice i inne schorzenia psychiczne. Taka osoba do pełnego wyzdrowienia, potrzebuje nie tylko terapii, ale także spokoju ducha i momentu wytchnienia od codzienności.


Tymczasem to co obserwowałem u kobiet tam przebywających woła o pomstę do nieba. Monika mieszkająca na naszym piętrze codziennie odbierała o 18 telefon od męża, musiała przy tym mieć włączony telewizor i radio w pokoju, żeby jej „władca” miał pewność, że nigdzie poza pokój nie wychodzi!
Nie muszę wspominać, że była to dorosła kobieta, prawie 50-letnia. Telefony powtarzał co 15 minut, aż do godziny 22.00 gdy zapadała cisza nocna, ta kobieta nawet bała się wtedy wyjść do toalety.

Rozumiem gdyby to był odosobniony przypadek, ale kobieta z piętra niżej - Grażyna, tuż po 18.00 odbierała telefon stacjonarny od męża i musiała z nim rozmawiać aż do 22.00. Kiedyś zdarzyło się, że kolacja się opóźniła i ona biegła głodna do telefonu, ze strachu, że ją pobije po powrocie.


Inny mąż potrafił  zajechać znienacka do pałacowego parku samochodem, mimo iż mieszkał 400 kilometrów dalej.
Tylko po to by sprawdzić czy przypadkiem jego żona nie spaceruje z jakimś kuracjuszem! Mógłbym te historie mnożyć w nieskończoność, mimo iż mój pobyt wcale nie był długi.


Odnoszę wrażenie, że żadna z tych kobiet nie potrzebowałaby leczenia gdyby nie Ci agresywni i dominujący mężowie. To nie one powinny być na tej terapii!
Kobiety, szanujcie się, nie dajcie sobą tak pomiatać, bo to wszystko odbija się na waszym zdrowiu i życiu. Jeżeli tak zachowuje się wasz mąż, nie znaczy to, że was kocha i jest zazdrosny, znaczy to zwyczajnie, że ma ze sobą problemy i niszczy wasze życie i zdrowie.

Czasem zabicie kogoś to nie wystrzał z broni ale codzienne nękanie aż do skutków śmiertelnych.
Pozdrawiam,

Janusz

Dostaliśmy też inny list od naszej czytelniczki. Chciała podzielić się z Wami anonimowo historią, która ją dotknęła. KLIKNIJ TUTAJ żeby przeczytać, jak los okrutnie ją doświadczył.

Chcesz podzielić się z naszymi czytelniczkami swoją historią anonimowo? Napisz do nas na adres: niezwykle123@gmail.com, albo wypełnij i prześlij poniższy formularz